RSS

Mów mi Hanzeatycki Mistrzu… (Hansa)

29 Sty
Mów mi Hanzeatycki Mistrzu… (Hansa)

… jak już zacznę wygrywać 🙂 A na razie Hansa jest moją osobistą porażką, wywracając do góry nogami moje dotychczasowe przekonanie, że jestem umysłem taktycznym. No bo jakże tu inaczej napisać, gdy jeszcze ani razu nie udało mi się wygrać w grę opisaną w podtytule jako „Taktyczna gra kupiecka”. A może po prostu nie potrafię kupczyć… Być może. Jedno jest pewne – chcę więcej!

Hansa, autorstwa Michaela Schachta, pierwotnie przemknęła, podobnie jak wiele innych, świetnych gier, bez większego echa. Trafiła do nas stosunkowo niedawno, w ramach prowadzonego przez nas skupu gier. Wygląda bardzo niepozornie – płaskie pudełko (najbardziej płaskie, jakie widziałem wśród planszówek), mdłe, zielonkawe kolory, trochę drewna i żetonów w środku. Pierwsza myśl – ok, nie była droga, będzie w co pograć z dzieckiem. Jak się okazuje – nie będzie, a przynajmniej jeszcze nie teraz. Gra bardzo pozytywnie zaskakuje swoimi możliwościami, a także wymaganiami jakie stawia wobec graczy.

O takim ładnym statkiem pływamy

O takim ładnym statkiem pływamy

Mechanika

W zasadzie mechanika rozgrywki jest bardzo prosta. Pływamy sobie wszyscy razem jednym statkiem kupieckim pomiędzy miastami Hansy, a w każdym mieście jest magazyn lub dwa do opróżnienia. Kupujemy towary, sprzedajemy, stawiamy kramiki, a wszystko jest od siebie zależne. Kupujemy towary biorąc żeton z magazynu portowego, gdzie statek akurat stoi, a płacimy temu, kto ma najwięcej straganów w mieście (w idealnej sytuacji płacimy sobie). Żetony te możemy wymienić w dowolnym mieście na kramy (ile beczek na żetonie, tyle kramów możemy postawić) lub „sprzedać”, czyli odwrócić żeton rewersem do góry i w ten sposób zabezpieczyć sobie Punkty Zwycięstwa (PZ). Ale taka akcja kosztuje nas jeden kram, w mieście gdzie akurat stoi statek (żeby dodać pikanterii – taka akcja kosztuje również naszych przeciwników utratę żetonu w sprzedawanym kolorze, jeśli taki posiadają). A zatem trzeba mieć dużo kramów, żeby kupować za darmo i móc sprzedawać; trzeba mieć dużo towarów, żeby stawiać kramy i zdobywać PZ; trzeba mieć dużo pieniędzy, żeby… A no właśnie. Tu dochodzimy do sedna. Gra pozwala nam wykonać dowolną ilość akcji w swojej turze, ale z zastrzeżeniem, że tylko jedną w mieście, w którym aktualnie stoi statek. Jeśli chcemy wykonać kolejną, trzeba płynąć dalej. A każdy odcinek trasy kosztuje monetę. Oj, a skąd je wziąć? Przecież sprzedaż nie przynosi monet… Tu natrafiamy na trochę sztuczne rozwiązanie – na początku swojej tury otrzymujemy dochód w wysokości 3 monet. Wszyscy taki sam. Nie ma w tym dużej logiki, nie wynika to chociażby z ilości straganów, czy z innych współczynników. Ale w grze zupełnie to nie przeszkadza. Żeby skrócić jeszcze tę kołderkę – na koniec swojej tury płacimy myto i podatki – tj. odrzucamy niesprzedane żetony towarów i monety powyżej trzech. Innymi słowy – 3 monety i 3 towary mogą zostać na następną turę. Reszta przepada.

Monety, "towary" i... tekturowa sakiewka :)

Monety, „towary” i… tekturowa sakiewka 🙂

Jak to wszystko razem działa?

Powiedzmy sobie szczerze – to nie jest gra ekonomiczno-przygodowa. To jest taktyka w czystej postaci rozłożona na planszy. Zaplanowanie ruchów na swoją turę, wykonanie akcji i oczekiwanie co zrobią inni i w jakim bagnie nas zostawią. Gra daje nam odrobinę losowości, w postaci losowo rozkładanych towarów na planszy. Akurat tyle, by uczynić grę taktyczną. Daje nam też bardzo fajną interakcję pomiędzy graczami. Negatywną rzecz jasna. Nie jest to jednak interakcja z rodzaju: buduję sobie misternie domek z kart, a przeciwnik podbiega i wyciąga kluczową kartę z rzędu na samym spodzie (wrrr…), z jaką możemy się spotkać np. w Eufrat i Tygrys. Tutaj mamy zagrania typu: zrobiłem swoje, a teraz zostawię ci statek w tym mieście i zobaczymy jak z tego wybrniesz. Bardzo fajna, bo nie rodzi frustracji, tylko wyzwania.

Całość planszy w nieco mdłej kolorystyce

Całość planszy w nieco mdłej kolorystyce

Podsumowanie

Jeśli nie przeszkadza fakt, że gra jest praktycznie wyprana z klimatu, a wtłoczona w dość specyficzną kolorystykę, to trzeba jej przynajmniej spróbować, a najlepiej w kolekcji posiadać. Sprzyja temu płaskie pudełko, które wypełni zostające zazwyczaj szczeliny. 🙂 Przy czym od razu należy zaznaczyć, że jedna rozgrywka to za mało. Po pierwszej grze pozostaje wrażenie, że wykorzystałem najwyżej 20% możliwości.

Gra w tym momencie jest dość trudna do dostania. W naszym sklepie przez chwilę była do kupienia, ale po głębszym zastanowieniu stwierdzam, że zatrzymam ją dla siebie. Jest w tym jeszcze jeden ukryty cel, ale o tym już niebawem.

Reklamy
 
2 komentarze

Opublikował/a w dniu 29 stycznia 2014 w Planszówki, Planszówki strategiczne

 

Tagi: , , ,

2 responses to “Mów mi Hanzeatycki Mistrzu… (Hansa)

  1. Andrzej

    17 października 2014 at 13:11

    Cześć, jak wygląda Hansa po kilku miesiącach? Wraca na stół czy się znudziła? Przyznam, że gra mnie zachwyciła i chcę ją kupić ale boję się o regrywalność. Będę wdzięczny za opinię.
    AK

     
    • Andrzej

      21 października 2014 at 12:43

      Cześć, gra jest genialna w swej prostocie. Oznacza to, że zacząłem wygrywać 😉 Tak, Hansa wraca na stół. Chociażby dlatego, że setup jest błyskawiczny, a każda partia inna. Polecam szczerze. Zwłaszcza, że można ją dorwać w niewielkich pieniądzach.

       

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
Gra na parę

...osób, chwil, godzin.

Blogi Planszówkowe

czyli damsko-męskie spojrzenie na nowoczesne gry planszowe.

Ciekawe Gry

gry planszowe i nie tylko

%d blogerów lubi to: